Moje życie to jakiś żart. W jednej chwili biegam po ogrodzie goniąc
mojego psa, a w drugiej mama krzyczy, że mam się spakować. Leniwie
wszedłem po schodach, otworzyłem drzwi od pokoju i zacząłem się pakować.
Po kilku minutach rodzice podwieźli mnie na stację. Stało tam mnóstwo
innych osób. Wyglądali, jakby zaraz miało się stać coś niecodziennego.
Pociąg wjechał na stację, a rodzice powiedzieli do mnie:
- Bądź grzeczny, nie rób kłopotów i słuchaj się innych.
Mama przytuliła mnie tak, jakby miała mnie więcej nie zobaczyć. Przecież
wrócę tu kiedyś. Wsiadłem do pociągu, spoglądając tylko czy jeszcze tam
stoją. Lokomotywa ruszyła, a ja przeszedłem się po wagonie w
poszukiwaniu miejsca. Wszędzie były dzieciaki, wydawało mi się, że nie
ma już wolnych miejsc. W końcu jednak zauważyłem puste siedzenie obok
nieznanej mi dziewczyny. Wpatrywała się w okno, z dłonią na podbródku.
Podszedłem bliżej.
- Mogę tu usiąść?-zapytałem.
Ona szybko odwróciła głowę w moją stronę i cichym głosem powiedziała, że
mogę. Usiadłem naprzeciw niej. Uśmiechnąłem się lekko, bo w końcu
jedzie tam gdzie ja, a lepiej jakieś znajomości mieć. Dziewczyna nie
wydawała się chętna do rozmowy. Znów patrzyła się w okno.
- Jak masz na imię?
- Elisabeth.
- Ja mam na imię Gabriel. Jedziesz do Hogwartu?
- Jak chyba każdy w tym pociągu.
Zapadła cisza. Znaczy się cisza między nami, bo kilka metrów dalej dwa grubasy walczyły o cukierka i wrzeszczały okropnie.
- Czy oni muszą tak wrzeszczeć?-zapytałem sam siebie.
Elisabeth ciągle wpatrywała się w okno.
- Co ty tam takiego widzisz? Ciągle gapisz się w okno? Nie masz ciekawszego zajęcia? - powiedziałem.
Elisabeth?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz