niedziela, 12 lipca 2015

Od William'a do Jessicy

Zaskakujące jak cierpienie, czy utrata bliskiej ci osoby, może bezpowrotnie zmienić sposób w jaki dotychczas patrzyłeś na otaczający cię świat... Przestajesz cieszyć się drobnostkami takimi jak śpiew ptaków, widok kwitnącej rośliny, a nawet świadomością, iż masz szansę prowadzić długie i pełne wrażeń życie...
Przez lata możesz uodpornić się na ból fizyczny, który z czasem zaczyna stawać się niemalże nieodrębną częścią twej szarej codzienności... Jednak nigdy nie zdołasz uchronić się przed cierpieniem, jaki zadała ci okrutna przeszłość, pozostawiając po sobie głęboką ranę w twej psychice.
Ciche miauknięcie na powrót przywróciło mnie do rzeczywistości, domagając się większej ilości pieszczot z mojej strony. Mrużąc oczy spojrzałem w jaskrawe, przeszywające mnie ślepia, od dłuższej chwili ocierającego się o me nogi futrzaka.
Przykucnąłem przy kocurze, czule gładząc go po lśniącej, czarnej sierści, na co odpowiedział mi dość głośnym mruczeniem.
Chwila ta jednak nie trwała długo, bowiem zza rogu ponownie wyskoczył ten przeklęty szczur, a Sawyer ani się obejrzawszy, pognał za nim, na powrót znikając z mego pola widzenia.
- Chole*a jasna! - syknąłem. - Wracajże tu! Nie będę cię później szukał, ty mały popaprańcu! - zawołałem, na co grupka przechodzących obok osób, przyśpieszyła, wymijając mnie szerokim łukiem.
Z roztargnieniem rozejrzałem się wokół siebie, wyszukując wzrokiem kolejnych przechodniów, po czym nabierając powietrza w płuca, oparłem się o pobliską ścianę.
Chyba nieco za bardzo się tym wszystkim przejmuję... Przecież jeśli nawet by go zjadł, to raczej nie będzie to moim problemem, prawda? Być może właściciel owego szkodnika, w końcu by zrozumiał, iż swych pupili zdałoby się pilnować... No ale cóż, nie da się ukryć, że należy to również do moich obowiązków...
Przez parę pierwszych minut nawet się zastanawiałem, czy przypadkiem nie powinienem pójść go poszukać, jednak gdy tylko dotarło do mnie, jakiż ten cały zamek musi być wielki, szybko zrezygnowałem.
Zamiast tego postanowiłem trochę pozwiedzać tutejszą okolicę, rozpoczynając od błąkania się po długich korytarzach i oglądania ogromnych obrazów, zawieszonych na ich ścianach. Do czasu, aż natknąłem się na bibliotekę. Nim jednak zdołałem wejść do pomieszczenia, przez nieznacznie uchylone drzwi, wybiegł Sawyer, a zaraz po tym zdało się stamtąd słyszeć wyraźne krzyki.
Kot zjeżył lekko sierść na grzbiecie, po czym wciąż nie odrywając swego wzroku od biblioteki, schował się za mymi nagami.
- Co żeś tam narobił? - spytałem, mimowolnie marszcząc brwi. - Jeśli coś zepsułeś, obiecuję, iż samodzielnie...
Zwierzak miauknął donośnie nie pozwalając mi dokończyć, po chwili ponownie zaczynając łasić się o moje spodnie.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim znów postanowiłeś spierniczyć - warknąłem z wyrzutem, odpychając kota na bok.
Stworzonko przycupnęło sobie naprzeciwko, by następnie zacząć świdrować mnie swym błagalnym spojrzeniem.
- Cześć, to twój kot? Bo przed chwilą wpakowałby mnie w niezłe kłopoty - usłyszałem.
Uniosłem wzrok, skierowując go wprost na stojącą przy mnie dziewczynę, z którą jeszcze jakiś czas temu siedziałem na eliksirach. Panna Nightmare, jak mniemam...
- Może, i co z tego? - spytałem nieco bardziej zgryźliwie, niż uprzednio planowałem, co raczej w pewnym stopniu zniechęciło mą rozmówczynię.
- Nic, a co byś powiedział na mały, nocny wypad do... - ściszyła głos. - Zakazanego Lasu?
Muszę przyznać, iż jej propozycja nie tyle co mnie zdziwiła, a raczej zaintrygowała. Nie rozumiałem jednak, z jakiego powodu miałaby iść ze mną w takie miejsce...
- A co? - mruknąłem nieco bez przekonania.
- Pękasz? - spytała wydymając usta.
Obejrzałem się za siebie, po czym teatralnie przykładając dłoń do piersi, wbiłem w dziewczynę zaskoczone spojrzenie, tym samym udając niemałe zdziwienie.
- Ja? - prychnąłem. - Chyba sobie żartujesz.
Nightmare uśmiechnęła się prowokująco.
- No cóż, jeśli się boisz, zrozumiem - oświadczyła, na co posłałem jej piorunujące spojrzenie. - Czyli jednak idziesz?
Zamilkłem na pewną chwilę udając, że się zastanawiam, mimo iż decydowałem natychmiastowo po zadanym mi pytaniu.
- Nie sądzisz, że to trochę nierozważne włóczyć się nocą po Zakazanym Lesie u boku osoby, której nawet nie znasz? - spytałem półszeptem, uśmiechając się krzywo.
Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba. Muszę przyznać, iż miała naprawdę intrygujące tęczówki. Z jednej strony zdawały się być intensywnie niebieskie, rzekłbym, że nawet granatowe, zaś z drugiej ciemno fioletowe, co w pewnym sensie nadawało im krzty tajemniczości...
- Jesteśmy z tego samego domu, nieprawdaż? - oświadczyła pewnie.
- Owszem, jednak nie rozumiem co to ma do rzeczy.
- To, że nie powinniśmy obawiać się siebie nawzajem - mruknęła z nieznacznym uśmiechem.
Marszcząc brwi spojrzałem na nią z taką niedorzecznością malującą się w mych oczach, jakoby właśnie usiłowała mi wmówić, iż mój kot w rzeczywistości jest żyrafą.
No bo co to miało niby znaczyć? Co usiłowała przez to powiedzieć? Czyżby sugerowała, że lękam się pójść tam akurat z nią...?
Postanowiłem jednak darować sobie zasypywanie jej pytaniami tego typu.
- To gdzie się spotykamy? - spytałem, co wywołało na twarzy dziewczyny triumfalny uśmieszek.
- Za godzinę przy tylnym wyjściu - oznajmiła. - Weź ze sobą lampę - dodała uśmiechając się tajemniczo, po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszyła w bliżej nieokreślonym mi kierunku.
Z dezaprobatą odprowadziłem ją wzrokiem, by następnie wypuszczając powietrze z charakterystycznym świstem, zerknąć na kota, wciąż siedzącego u mego boku.
- Chodź paskudo, trzeba skądś skołować lampę... - burknąłem biorąc zwierzaka pod pachę, upewniając się, iż tym razem nie uda mu się uciec.
Opuszczenie nocą dormitorium zdawało się być dość proste, jednak przemknięcie niezauważonym do tylnego wyjścia, to już całkiem inna historia...

<Jessica?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz