Zaskakujące jak cierpienie, czy utrata bliskiej ci osoby, może
bezpowrotnie zmienić sposób w jaki dotychczas patrzyłeś na otaczający
cię świat... Przestajesz cieszyć się drobnostkami takimi jak śpiew
ptaków, widok kwitnącej rośliny, a nawet świadomością, iż masz szansę
prowadzić długie i pełne wrażeń życie...
Przez lata możesz uodpornić się na ból fizyczny, który z czasem zaczyna
stawać się niemalże nieodrębną częścią twej szarej codzienności...
Jednak nigdy nie zdołasz uchronić się przed cierpieniem, jaki zadała ci
okrutna przeszłość, pozostawiając po sobie głęboką ranę w twej psychice.
Ciche miauknięcie na powrót przywróciło mnie do rzeczywistości,
domagając się większej ilości pieszczot z mojej strony. Mrużąc oczy
spojrzałem w jaskrawe, przeszywające mnie ślepia, od dłuższej chwili
ocierającego się o me nogi futrzaka.
Przykucnąłem przy kocurze, czule gładząc go po lśniącej, czarnej sierści, na co odpowiedział mi dość głośnym mruczeniem.
Chwila ta jednak nie trwała długo, bowiem zza rogu ponownie wyskoczył
ten przeklęty szczur, a Sawyer ani się obejrzawszy, pognał za nim, na
powrót znikając z mego pola widzenia.
- Chole*a jasna! - syknąłem. - Wracajże tu! Nie będę cię później szukał,
ty mały popaprańcu! - zawołałem, na co grupka przechodzących obok osób,
przyśpieszyła, wymijając mnie szerokim łukiem.
Z roztargnieniem rozejrzałem się wokół siebie, wyszukując wzrokiem
kolejnych przechodniów, po czym nabierając powietrza w płuca, oparłem
się o pobliską ścianę.
Chyba nieco za bardzo się tym wszystkim przejmuję... Przecież jeśli
nawet by go zjadł, to raczej nie będzie to moim problemem, prawda? Być
może właściciel owego szkodnika, w końcu by zrozumiał, iż swych pupili
zdałoby się pilnować... No ale cóż, nie da się ukryć, że należy to
również do moich obowiązków...
Przez parę pierwszych minut nawet się zastanawiałem, czy przypadkiem nie
powinienem pójść go poszukać, jednak gdy tylko dotarło do mnie, jakiż
ten cały zamek musi być wielki, szybko zrezygnowałem.
Zamiast tego postanowiłem trochę pozwiedzać tutejszą okolicę,
rozpoczynając od błąkania się po długich korytarzach i oglądania
ogromnych obrazów, zawieszonych na ich ścianach. Do czasu, aż natknąłem
się na bibliotekę. Nim jednak zdołałem wejść do pomieszczenia, przez
nieznacznie uchylone drzwi, wybiegł Sawyer, a zaraz po tym zdało się
stamtąd słyszeć wyraźne krzyki.
Kot zjeżył lekko sierść na grzbiecie, po czym wciąż nie odrywając swego wzroku od biblioteki, schował się za mymi nagami.
- Co żeś tam narobił? - spytałem, mimowolnie marszcząc brwi. - Jeśli coś zepsułeś, obiecuję, iż samodzielnie...
Zwierzak miauknął donośnie nie pozwalając mi dokończyć, po chwili ponownie zaczynając łasić się o moje spodnie.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim znów postanowiłeś spierniczyć - warknąłem z wyrzutem, odpychając kota na bok.
Stworzonko przycupnęło sobie naprzeciwko, by następnie zacząć świdrować mnie swym błagalnym spojrzeniem.
- Cześć, to twój kot? Bo przed chwilą wpakowałby mnie w niezłe kłopoty - usłyszałem.
Uniosłem wzrok, skierowując go wprost na stojącą przy mnie dziewczynę, z
którą jeszcze jakiś czas temu siedziałem na eliksirach. Panna
Nightmare, jak mniemam...
- Może, i co z tego? - spytałem nieco bardziej zgryźliwie, niż uprzednio
planowałem, co raczej w pewnym stopniu zniechęciło mą rozmówczynię.
- Nic, a co byś powiedział na mały, nocny wypad do... - ściszyła głos. - Zakazanego Lasu?
Muszę przyznać, iż jej propozycja nie tyle co mnie zdziwiła, a raczej
zaintrygowała. Nie rozumiałem jednak, z jakiego powodu miałaby iść ze
mną w takie miejsce...
- A co? - mruknąłem nieco bez przekonania.
- Pękasz? - spytała wydymając usta.
Obejrzałem się za siebie, po czym teatralnie przykładając dłoń do
piersi, wbiłem w dziewczynę zaskoczone spojrzenie, tym samym udając
niemałe zdziwienie.
- Ja? - prychnąłem. - Chyba sobie żartujesz.
Nightmare uśmiechnęła się prowokująco.
- No cóż, jeśli się boisz, zrozumiem - oświadczyła, na co posłałem jej piorunujące spojrzenie. - Czyli jednak idziesz?
Zamilkłem na pewną chwilę udając, że się zastanawiam, mimo iż decydowałem natychmiastowo po zadanym mi pytaniu.
- Nie sądzisz, że to trochę nierozważne włóczyć się nocą po Zakazanym
Lesie u boku osoby, której nawet nie znasz? - spytałem półszeptem,
uśmiechając się krzywo.
Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba. Muszę przyznać, iż miała
naprawdę intrygujące tęczówki. Z jednej strony zdawały się być
intensywnie niebieskie, rzekłbym, że nawet granatowe, zaś z drugiej
ciemno fioletowe, co w pewnym sensie nadawało im krzty tajemniczości...
- Jesteśmy z tego samego domu, nieprawdaż? - oświadczyła pewnie.
- Owszem, jednak nie rozumiem co to ma do rzeczy.
- To, że nie powinniśmy obawiać się siebie nawzajem - mruknęła z nieznacznym uśmiechem.
Marszcząc brwi spojrzałem na nią z taką niedorzecznością malującą się w
mych oczach, jakoby właśnie usiłowała mi wmówić, iż mój kot w
rzeczywistości jest żyrafą.
No bo co to miało niby znaczyć? Co usiłowała przez to powiedzieć? Czyżby sugerowała, że lękam się pójść tam akurat z nią...?
Postanowiłem jednak darować sobie zasypywanie jej pytaniami tego typu.
- To gdzie się spotykamy? - spytałem, co wywołało na twarzy dziewczyny triumfalny uśmieszek.
- Za godzinę przy tylnym wyjściu - oznajmiła. - Weź ze sobą lampę -
dodała uśmiechając się tajemniczo, po czym odwróciwszy się na pięcie,
ruszyła w bliżej nieokreślonym mi kierunku.
Z dezaprobatą odprowadziłem ją wzrokiem, by następnie wypuszczając
powietrze z charakterystycznym świstem, zerknąć na kota, wciąż
siedzącego u mego boku.
- Chodź paskudo, trzeba skądś skołować lampę... - burknąłem biorąc
zwierzaka pod pachę, upewniając się, iż tym razem nie uda mu się uciec.
Opuszczenie nocą dormitorium zdawało się być dość proste, jednak
przemknięcie niezauważonym do tylnego wyjścia, to już całkiem inna
historia...
<Jessica?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz