piątek, 10 lipca 2015

Od William'a do Jessicy

"Nic nie zapełni pustki, pozostałej po utracie bliskiej ci osoby..." Stwierdzenie to prześladuje mnie odkąd pamiętam, całkowicie wypełniając mój umysł przy każdej możliwej okazji. Jednak... czy posiada jakikolwiek sens? Czy to prawda, iż wpadając w sidła bólu i tęsknoty, krępujące każdy, choćby najdrobniejszy ruch, na który zdołamy się zdobyć... nie jesteśmy w stanie zaznać pocieszenia?Zacznijmy może od tego, iż strata... czegokolwiek, zwykle wiąże się z różnymi typu nieprzyjemnościami, a często również i z wspomnianym wcześniej bólem. Wiele osób jednak usiłuje stłumić swe cierpienie poprzez... No właśnie... poprzez co? Słodycze? Lody? A może próby odnalezienia czegoś, co w pewnym stopniu byłoby zdolne do wypełnienia choć części powstałej w nas wyrwy, z czasem przemieniającej się w czarną otchłań pochłaniającą resztki pozostałej nadziei...?Nieistotne w jaki sposób postąpimy... Żaden nie będzie na tyle skuteczny, by uśmierzyć wciąż narastający ból...
Z zamyślenia wyrwało mnie lekkie szturchnięcie w ramię.
Zdezorientowany zamrugałem kilkakrotnie, unosząc wzrok wprost na dziewczynę, która kolejnym szturchnięciem dała mi do zrozumienia, iż od dłuższej chwili stoję w drzwiach, tym samym zagradzając pozostałym wejście do sali, w której z kolei miały odbyć się zajęcia wróżbiarstwa.
- Nie dotykaj mnie - syknąłem do nieznajomej, wolnym krokiem wchodząc do dużego, ciemnego pomieszczenia.
Pierwsze co, zostałem wręcz odurzony dziwnym, duszącym zapachem, rozprzestrzeniającym się po całej sali. Woń ta była na tyle intensywna i drażniąca, iż z trudem powstrzymałem się od pospiesznej ewakuacji, w celu nabrania świeżego powietrza. Zamiast tego jedynie lekko zmarszczyłem nos, z roztargnieniem rozglądając się wokół siebie, bezskutecznie usiłując zlokalizować jej źródło.
Nieznacznie przyzwyczajając się do swądu, z grymasem wręcz przyklejonym do twarzy, zająłem ostatnie wolne miejsce; w pierwszym rzędzie, tuż naprzeciw sporawego fotela obitego bordowym materiałem, na którym siedziała profesor Trelawney.
Niewysoka, dziwnie ubrana kobieta w średnim wieku, o jasnych, rozczochranych włosach, odstających od jej głowy niczym macki zmutowanej ośmiornicy. Na jej nosie spoczywały okrągłe okulary w czarnej oprawie, które sądząc po grubości szkieł, przeznaczone były dla osoby z poważną wadą wzroku...
Zorientowawszy się, iż wszyscy siedzą już na swoich miejscach z lekkim znudzeniem, bądź dezaprobatą wymalowaną na twarzy, wyczekując jej poczynań, uniosła wzrok znad książki trzymanej na kolanach, po czym podnosząc się odłożyła ją na niewielki stolik, znajdujący się tuż przy fotelu.
- Witajcie moi drodzy - zaczęła z trudem dusząc w sobie entuzjazm. - Jestem profesor Trelawney i będę was uczyć jak przepowiadać przyszłość! - dokończyła z szerokim uśmiechem, gestykulując przy tym niemal każde swe słowo. - Na moich zajęciach poznacie tajniki szlachetnej sztuki wróżbiarstwa oraz dowiecie się, czy posiadacie dar... - przerwała na ułamek sekundy, starając się tym samym stworzyć swego rodzaju napięcie. - Jasnowidzenia! - wykrzyczała uradowana, na co kilka osób przysypiających z tyłu sali, poderwało się na swoich miejscach.
Z entuzjazmem przyklejonym do rozpromienionej twarzy, zaczęła opowiadać czym to będziemy zajmować się w owym semestrze, jednocześnie przechadzając się po sali i zaczepiając co poniektórych uczniów mówiąc "Masz niespotykany dar", bądź "Stanie się coś strasznego".
- Otwórzcie umysły! - kontynuowała, tym razem podchodząc do mnie i kładąc mi dłonie na głowie, gładząc przy tym po włosach, za co posłałem jej mordercze spojrzenie. - Otwórzcie swoje wewnętrzne oko! - zażądała przechadzając się dalej.
Gdy jej monolog coraz bardziej zbliżał się ku końcowi, wyciągnęła jedną z uczennic siedzących z tyłu sali na środek, nakazując jej wróżyć z herbacianych fusów, dokładnie instruując przy tym każdą osobę, która nie radziła sobie najlepiej.
Następna lekcja przeminęła niemal identycznie, jednak wyjątkowo odbyła się bez zbędnych, entuzjastycznych monologów profesor Trelawney, co raczej korzystnie wpłynęło na samopoczucie wszystkich tu obecnych.
Naszym zadaniem było wróżenie z fusów od herbaty osoby siedzącej naprzeciwko... Nie było to specjalnie ujmujące zajęcie, jednakże trafiały się dość komiczne przypadki, typu słonia w skorupce od jajka, bądź krowie na widelcu, co z kolei oznaczało fałszywego przyjaciela i pomyślność, choć za cholerę nie wiedziałem jak to ze sobą sensownie połączyć... Może chodziło o jakąś metaforę?
Ostatnią lekcją w dzisiejszym planie były eliksiry. Odbywały się one w dość niewielkiej, chłodnej sali, w której oświetlenie pozostawiało sobie dość sporo do życzenia, no ale cóż... Dzięki braku jakiejkolwiek drażniącej woni unoszącej się w powietrzu, mogłem tam przynajmniej bezproblemowo oddychać, co było raczej godną rekompensatą.
- Dziś dobierzecie się w pary i zaczniecie robić Felix Felicis - oznajmił Snape, tym samym wyrywając mnie z swego rodzaju zamyślenia. - Kto wie jak inaczej nazywany jest ten eliksir?
Ukradkiem przeleciałem wzrokiem po wszystkich siedzących, wyszukując tak zwanego "lasu rąk", jednak ku mojemu zdziwieniu, nikt się nie zgłaszał...
Prostując się na krześle nieznacznie, aczkolwiek wystarczająco, by została ona dostrzeżona, uniosłem prawą dłoń.
- Słucham panie...? - przerwał wyczekując mojego nazwiska.
- Curtis - odparłem. - To inaczej Płynne Szczęście.
- Doskonale - oświadczył. - Pięć punktów dla Slytherinu.
Następnie zaczął kontynuować swą wypowiedź na temat owego eliksiru, jednak ja zdołałem się już całkowicie wyłączyć, powracając myślami do... kota. Tak, kota i to nie byle jakiego - mojego, który już pierwszego dnia spędzonego w Hogwarcie, zdążył zniknąć z mego pola widzenia, napotykając się na dość pokaźnych rozmiarów szczura, zawzięcie go ścigając...
- Panie Curis proszę do... - dobiegł mnie głos profesora. - Panny Nightmare.
Zamrugałem kilkakrotnie mierząc wzrokiem mężczyznę i dziewczynę siedzącą kilka ławek dalej, do której rzekomo miałem się przesiąść.
Niemrawo podniosłem się z krzesła, po czym zabierając wszystkie swoje rzeczy, lekko krzywiąc się zająłem miejsce obok dziewczyny, która najwidoczniej widząc mą niechęć, jedynie przewróciła oczyma.
Zmiana miejsca jakoś niespecjalnie się do mnie uśmiechała, nawet jeśli w rezultacie miałbym siedzieć u boku kogoś tak ładnego jak moja rówieśniczka...
- Ile jeszcze do końca lekcji? - spytała kładąc na ławce kociołek.
- Dziesięć, może piętnaście minut - odparłem obojętnie, zabierając się za przygotowywanie składników. - Aż tak nie lubisz eliksirów?
- Nie lubię? - prychnęła. - Chyba żartujesz. To zdecydowanie najlepsze zajęcia - oświadczyła nalewając do kociołka pół litra wody i rozcieńczając w niej dwie krople granatu mandżurskiego.
- Więc w czym rzecz? - spytałem łagodnie, mieszając w kolbie ryż wraz z łzami feniksa.
W końcu dziewczyna jest z tego samego domu co ja. Lepiej nie robić sobie z niej wroga... Bynajmniej nie od razu.
- Po prostu mam już na dzisiaj wszystkiego dość - odparła. - Wróżbiarstwo wystarczająco mnie dobiło.
Na jej słowa z trudem powstrzymałem się od uśmiechu.
Nim zdołaliśmy rozrobić resztę składników, lekcję zakończył donośny dzwonek na przerwę. Tak jak i pozostali, posprzątaliśmy miejsce pracy, po czym zabierając ze sobą swoje rzeczy, w pośpiechu opuściliśmy salę.
Gdy tylko wyszedłem na korytarz, moim oczom natychmiastowo ukazał się Sawyer. Kocur szwędał się pod jedną ze ścian, uważnie obserwując każdego z przechodniów.
Nie zwlekając długo, podszedłem do zwierzaka i chwytając go za skórę na karku, uniosłem na wysokość swojej twarzy.
- Tu jesteś czarny parszywcu - burknąłem uśmiechając się krzywo.

<Jessica?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz